Archiwa tagu: kredyt hipoteczny

Najważniejsze regulacje ustawy o kredycie hipotecznym

Regulacja wysokości prowizji za szybszą spłatę, możliwość odstąpienia od umowy kredytowej, restrukturyzacji zadłużenia i czas na sprzedaż mieszkania, by pokryć zobowiązanie – to tylko niektóre uregulowania ustawy o kredycie hipotecznym, które weszła w życie pod koniec lipca. Czytaj dalej

Wskaźnik DTI – dlaczego ważny dla kredytobiorców?

Postaraj się spłacić wszystkie albo przynajmniej większość dotychczasowych kredytów, jeśli starasz się o nowy. To podstawowa zasada przy podejmowaniu rozmów z bankiem, nie dość jednak jej przypominać. Dla banków bardzo istotny jest wskaźnik DTI (debt to income) określający relację wysokości raty kredytu do dochodów.

Mówiąc prościej – DTI pokazuje jaki procent naszych zarobków „zjadają” kredyty. Jego obliczenie jest bardzo proste. Wystarczy podzielić wysokość rat przez wysokość pensji. Przykładowo: jeśli ktoś zarabia 4000 zł netto, a rata jego kredytu wynosi 1500 zł, to wskaźnik DTI w tym przypadku wynosi 0,375 czyli 37,5 proc. Należy tu jednak zastrzec, że do obliczenia tego wskaźnika musimy wziąć pod uwagę wszystkie aktualne kredyty.

Właśnie dlatego, by lepiej wypaść pod kątem kondycji finansowej, zanim zaczniemy rozmowy z bankiem o nowym kredycie – spłaćmy pozostałe. Co ważne – bank nie sprawdza, ile rat zostało nam do końca danego zobowiązania. Jeśli więc np. za miesiąc, czy dwa spłacimy dany kredyt, ale już teraz rozmawiamy o nowym, bankowcy wyliczą nam zdolność kredytową wraz z ratami, które płacimy. Inna sprawa, o której warto przypominać, to oczywiście terminowe spłacanie rat. Nawet jedna, czy dwie raty przeterminowane mogą zepsuć nam historię kredytową i przełożyć się na negatywną decyzję banku, albo zmniejszenie kwoty kredytu.

Jaki jest bezpieczny poziom DTI?

Ile powinna wynosić wysokość raty kredytu w relacji do zarobków? Kwestię wysokość wskaźnika DTI ustalają w ramach samodzielnej polityki kredytowej banki, jednak powszechnie uznaje się, że bezpieczny kredyt (z uwzględnieniem ryzyka stopy procentowej) to taki, gdzie wskaźnik DTI nie jest większy niż 30 – 35 proc. Za maksimum bezpieczeństwa uznaje się 50 proc., chyba że klient lepiej zarabia, wtedy (w rekomendacji T KNF było takie zastrzeżenie) możliwa jest górna granica na poziomie 65 proc.

Kwestię wskaźnika DTI porusza znowelizowana w 2013 roku rekomendacja S Komisji Nadzoru Finansowego, gdzie zostało określone, że: „w procesie oceny zdolności kredytowej klientów detalicznych, szczególną uwagę bank powinien zwracać, na sytuacje w których wskaźnik DtI przekracza 40% dla klientów o dochodach nieprzekraczających przeciętnego poziomu wynagrodzeń w danym regionie zamieszkania oraz 50% dla pozostałych klientów”.

Dochód rozporządzalny i analiza jakościowa

DTI to nie jedyny wskaźnik brany pod uwagę przy obliczaniu naszej zdolności kredytowej i pokazujący naszą finansową kondycję. Wpływ na zdolność do pokrywania rat kredytu mają przecież również „zwykłe” koszty utrzymania. Dlatego też banki pytają nas o koszty związane z opłatami za mieszkanie, sytuację rodzinną, posiadanie dzieci itp.

Poziom dochodów, który zostaje nam, po opłaceniu typowych miesięcznych wydatków na życie, określa wskaźnik DI (disposable income), czyli dochód rozporządzalny. Choć często kredytobiorcy starają się poprawić na papierze swoją finansową kondycję, np. obniżając dochody, banki raczej nie łapią się na taki haczyk. W wyliczeniu wskaźnika DI posługują się danymi statystycznymi określającymi minimalne i średnie koszty utrzymania w danym mieście, regionie itp.
Do tego dochodzi analiza jakościowa klienta i źródła jego dochodu. Bank po prostu szacuje, na ile jesteśmy wiarygodni. Bierze pod uwagę np. rodzaj umowy, z tytułu której otrzymujemy pensję. Oczywiste jest, że większą pewności spłaty daje np. człowiek pracujący na podstawie umowy o pracę na czas nieokreślony, niż osoba uzyskująca dochody z tytułu umowy o dzieło, czy zlecenie.

Na koniec jeszcze kilka zdań o tym, na jaki przeciętny kredyt możemy aktualnie liczyć. Dobrze pokazuje to wykres z ostatniego raportu NBP o rynku mieszkaniowym – za I kw. 2017.

Wykres 1. Szacunek dostępnego kredytu mieszkaniowego (dane NBP)

Powyższy wykres pokazuje, na jaki maksymalny kredyt hipoteczny może liczyć klient, przy założeniu, że po spłacie raty jego minimalny dochód będzie przynajmniej równy minimalnemu wynagrodzeniu w gospodarce narodowej.
Marcin Moneta
Dział Analiz WGN

Co daje nadpłata kredytu hipotecznego?

Nadpłacanie kredytu hipotecznego pozwala szybciej pozbyć się zobowiązania, ale też neutralizuje skutki ewentualnych podwyżek stóp procentowych, a te mogą być bardzo bolesne dla naszych domowych budżetów, zwłaszcza jeśli „przyzwyczailiśmy się” do niskich rat, spowodowanych rekordowo niskimi stopami NBP.

Ryzyko stopy procentowej polega na tym, że w przypadku, gdy stopy rosną, rośnie też oprocentowanie, a więc wysokość naszych rat. Taki stan rzeczy odbija się oczywiście negatywnie na rentowności inwestycji mieszkaniowych pod wynajem, ale też szerzej – po prostu na wydolności naszych finansów.

Od marca 2015 roku mamy w Polsce najniższe w historii stopy procentowe. Podstawowa stopa NBP wynosi 1,5 proc. Na tak niskim poziomie nie była nigdy. Niskie stopy procentowe oznaczają tani kredyt i wzrost zdolności kredytowej obywateli oraz po prostu niskie raty. W przypadku inwestorów na rynku najmu obecna sytuacja jest bardzo korzystna. Przeciętny czynsz najmu pozwala na bieżąco spłacać raty kredytu. To się jednak mogłoby zmienić, gdyby stopy zaczęły rosnąć.

Seria cięć, która doprowadziła do obecnego rekordowo niskiego poziomu, zaczęła się w maju 2012 roku. Wtedy podstawowa stopa NBP wynosiła 4,75 proc. Była więc wyższa o ponad dwie trzecie. Co by się stało, gdyby wróciła do tego samego poziomu?

Załóżmy, że Jan Kowalski obecnie zaciąga kredyt w wysokości 300 tys. zł, w ratach równych – na 30 lat. W takiej sytuacji miesięczna rata jego zobowiązania wyniosłaby obecnie około 1350 – 1400 zł. Jeśli jednak stopy procentowe wzrosłyby do poziomu 4,75, a oprocentowanie kredytów (WIBOR plus marża) tym samym wzrosłoby do około 7 proc. (wg danych Amron Sarfin dla Związku Banków Polskich obecnie przeciętne marże wynoszą 2,14 proc.) to rata takiego miesięcznego zobowiązania wzrosłaby o około 500 zł.

Taka podwyżka – choć z pewnością nie nastąpiłaby od razu, bowiem Rada Polityki Pieniężnej podnosi stopy sukcesywnie –mogłaby być jednak bardzo bolesna dla domowych finansów.
Co prawda nie ma na razie widoków na podwyżkę stóp procentowych w tym roku (ostatnio Rada Polityki Pieniężnej zostawiła je na niezmienionym poziomie i wiele wskazuje na to, że tak będzie nie tylko do końca tego roku, ale i w roku przyszłym), mimo to jednak warto zdawać sobie sprawę, że okres niskich stóp jednak powoli zbliża się ku końcowi.

By nie przeżyć nieprzyjemnego zaskoczenia rosnącymi ratami, można stworzyć sobie odpowiednią poduszkę finansową. Zgromadzony kapitał może posłużyć np. do spłaty części kredytu.

Jak i kiedy nadpłacać?
Nowa ustawa o kredycie hipotecznym, która niedawno weszła w życie, zwiększa możliwości obywatela w tym zakresie. Przede wszystkim, jeśli spłaciłby zobowiązanie przed terminem, nie zapłaci prowizji. Zgodnie z ustawą ta może być naliczona przez bank, tylko jeśli spłata ma miejsce w okresie do 3 lat od zaciągnięcia kredytu. Dotychczas wiele banków stosowało w tym zakresie okresy dłuższe – nawet do 5 lat, choć były i takie, które naliczały sobie opłaty prowizyjne za szybszą spłatę nawet po tym czasie. Nowa ustawa ogranicza także wysokość ewentualnej prowizji za szybszą spłatę. Otóż maksymalnie może ona wynieść 3 proc. wartości kredytu, natomiast nie może być wyższa od rocznej sumy odsetek, które płaci kredytobiorca.

Okres niskich stóp, a więc niższych rat kredytu, można wykorzystać do gromadzenia środków, tak by w odpowiednim momencie spłacić część zobowiązania. Dokonując analizy obciążenia domowych finansów, jeśli poziom rat sprzed serii cięć stóp był akceptowalny finansowo, można nadal przeznaczać na kredyt tę samą kwotę.

Nie warto jednak nadpłacać kredytu małymi kwotami. Symulacje w tym zakresie pokazują, że bardziej opłacalnym rozwiązaniem jest spłata jednorazowo większej części. Kredytobiorca dzięki takiemu rozwiązaniu spłaca znaczą część kapitału – może więc szybciej pozbyć się zobowiązania kredytowego i jednocześnie minimalizuje negatywny wpływ ewentualnej podwyżki stóp procentowych.

Marcin Moneta
Analityk WGN

Kredyt na spółkę? To dobre ale i ryzykowne rozwiązanie

Współkredytobiorca odpowiada solidarnie za zobowiązanie. Jeśli nie będzie ono spłacane, bank zwróci się właśnie do niego. Dlatego pomoc w poprawie zdolności kredytowej, to w praktyce bardzo ryzykowna sprawa, bowiem wiąże nas na całe lata.

Coraz ostrzejsze wymogi banków co do zdolności kredytowej oraz rosnący wkład własny, prowokują kredytobiorców do szukania różnych pomocnych rozwiązań. Takim z pewnością jest znalezienie kogoś, kto również przystąpi do kredytu. W ten sposób zazwyczaj zdolność kredytowa rośnie, bo zarobki obu współkredytobiorców się sumuje. Dla banku taki kredyt jest po prostu bezpiecznieszy. Jeśli będzie problem ze spłatą, wierzytelność zostanie zaspokojona z dochodów tego współkredytobiorcy, którego najszybciej i najskuteczniej dosięgnie komornik.

Z punktu widzenia banku nie ma żadnego znaczenia, jakie relacje łączą współkredytobiorców. Mogą to być nawet zupełnie obce sobie osoby. Człowiek, który decyduje się przystąpić do kredytu, wyraża jedynie zgodę na to, że będzie go również spłacać (zgoda to warunek podstawowy). Oczywiście wcale nie musi pokrywać rat i w praktyce tak się zazwyczaj nie dzieje, a kredyt spłaca tylko „główny” zaciągający, ale właśnie w sytuacji, gdyby się coś niedobrego stało i pieniądze przestały trafiać do banku, ten zwróci się do drugiego z uczestników zobowiązania.

Dla głównego kredytobiorcy, ewentualna pomoc mająca na celu formalne poprawienie zdolności kredytowej to oczywiście bardzo dobre wyjście, ale należy pamiętać, że równie dobrze dodatkowy uczestnik zobowiązania może utrudniać a nie ułatwiać sprawę. Jeśli jego dochody są niestabilne i małe, a poza tym ma wiele zobowiązań, może się okazać, że nie tylko nie poprawi naszej zdolności kredytowej, ale jeszcze jej zaszkodzi. Poza tym należy pamiętać o tym, że banki prześwietlają całą historię kredytową dodatkowego uczestnika, więc wszelkie problemy i opóźnienia w spłatach będą rzutować na jego wiarygodność.

uscisk-dloni

rzystąpienie do kredytu, to jednak przede wszystkim sprawa bardzo ryzykowna, dla tej osoby, która decyduje się na taki krok. Ona bowiem nie zyskuje niczego, natomiast na całe lata bierze na siebie bardzo poważne zobowiązanie, z którego ciężko będzie się wyplątać.

W polskich realiach zazwyczaj dodatkowym kredytobiorcą zostaje po prostu ktoś z najbliższej rodziny. Człowiek taki decyduje się przystąpić do kredytu nie po to, by go spłacać, ale by poprawić zdolność kredytową osoby, która kupuje mieszkanie. Czy to dobre wyjście? Oczywiście jeśli mamy pełne zaufanie, wiemy że druga strona nas nie oszuka itp. to można zaryzykować, ale generalnie właśnie – przystąpienie do kredytu to spawa niezwykle ryzykowna.

Po pierwsze – jeśli nasz kredytobiorca nie miałby szansy na uzyskanie pożądanej sumy, bez naszego przystąpienia, to znaczy, że zarabia po prostu za mało i może to wieszczyć probelmy w przyszłości – ze spłatą. A wtedy bank przyjdzie po pieniądze do nas.

Po drugie – z bycia współkredytobiorcą nie płyną dla nas żadne korzyści. Bycie współkredytobiorcą nie jest równoznaczne z byciem współwłaścicielem mieszkania. Nic z tych rzeczy. Prawny właściciel może swobodnie dysponować nieruchomością, może też ją sprzedać bez zgody i wiedzy współkredytobiorcy.

Po trzecie – takie zobowiązanie będzie nad nami wisieć. Niełatwo się z niego „wykręcić”, sprawa będzie trwać przez długie lata, podczas których sami formalnie mamy mniejszą zdolność kredytową, nawet jeśli to nie my bezpośrednio spłacamy kredyt.

Ewentualne „wyjście” z umowy jest bardzo trudne. By zostać odłączonym od kredytu należy podpisać specjalny aneks do umowy. Bank jeszcze raz przeliczy zdolność kredytową potrzebną do spłaty pozostałości zobowiązania tylko przez jednego kredytobiorcę. Jeśli wyliczenie wypadnie korzystnie, wtedy będzie możliwość wyłączenia współkredytobiorcy. Jest też oczywiście możliwa sytuacja w drugą stronę – na każdym etapie spłacania do kredytu mogą przystąpić dodatkowe osoby (nie tylko jedna).

Monika Prądzyńska
Dział Analiz WGN

20 proc. wkładu na mieszkanie – sprawdzamy ile gotówki będziesz potrzebował

Już od stycznia minimalny wkład własny kredytów mieszkaniowych – na mocy rekomendacji S Komisji Nadzoru Finansowego – wyniesie 20 proc. wartości nieruchomości. W Warszawie, by myśleć o kupnie 50 mkw. trzeba będzie dysponować kwotą ponad 70 tys. zł. Obawa przed rosnącym wkładem może wielu kredytobiorców jeszcze przed końcem roku pchnąć do zaciągnięcia zobowiązania na obecnych zasadach. Pośpiech nie jest tu jednak dobrym doradcą. 

Dlaczego? Pamiętajmy, że kredyty z niskim wkładem prawdopodobnie nie znikną zupełnie z rynku. Wbrew obawom banki podchodzą do kwestii wkładu dużo bardziej liberalnie niż może się wydawać. Komisja Nadzoru Finansowego dopuszcza mniejszy wkład, pod warunkiem zapewnienia dodatkowego zabezpieczenia lub ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Obecnie ciągle aż 9 banków nadal ma w swojej ofercie kredyty z wkładem na poziomie 10 proc. wartości nieruchomości, pod wspomnianymi wcześniej warunkami.

Jest wysoce prawdopodobne, że i w styczniu, choć może być o nie trudniej, to jednak takie kredyty nadal będą w ofercie niektórych banków. Warto też pamiętać, że już od stycznia odblokowana zostanie druga pula środków na 2017 na dopłaty w ramach programu Mieszkanie dla Młodych. Jeśli pospieszymy się teraz z kredytem, stracimy szansę, by skorzystać z tych środków. Choć z drugiej strony z pewnością trzeba będzie się spieszyć, bo pieniądze z MDM będą szybko się kończyć.

Minusem czekania na przyszły rok będą natomiast podwyższone koszty kredytowania. Mimo, że możemy się spodziewać, że przynajmniej część banków, także od stycznia 2017 nadal będzie oferować kredyty z 10 proc. wkładem, to trzeba pamiętać, że ubezpieczenie niskiego wkładu będzie obejmować już nie 5 proc. brakujących środków (chyba że przy kredytach z 15 proc. wkładem) ale 10 proc.

Kolejna sprawa to stopy procentowe. Na razie korzystamy z rekordowo niskiego ich poziomu. To działa korzystnie na naszą zdolność kredytową. Pozytywnie wpada wskaźnik DTI (debt to income) czyli relacja wysokości rat kredytów do dochodów. Wiele jednak wskazuje, że czas rekordowo niskich stóp zbliża się ku końcowi, co przełoży się na wyższe raty kredytów, a więc i na zdolność kredytową.

osoba z kalkulatorem

Szturm na banki przed końcem roku, związany z rosnącym wkładem własnym, to nic nowego. Na razie jeszcze (na koniec listopada 2016) nie znamy wyników akcji kredytowej za III, a tym bardziej IV kwartał bieżącego roku. Te zostaną dopiero opublikowane w raportach sektora bankowego (Amron – Sarfin, NBP), jednak przykłady z lat ubiegłych pokazują, że w związku z rosnącym wkładem, kolejka chętnych po kredyty na starych zasadach się wydłużała. Tak było i w pod koniec ubiegłego roku, przed wzrostem do 15 proc. minimalnych własnych środków wymaganych przez banki przy kredycie hipotecznym. W tamtym okresie liczba udzielonych kredytów – kwartał do kwartału – wzrosła aż o 11 proc., a ich wartość o 9 proc.

Ile trzeba będzie nam na wkład na poziomie 20 proc.? Przy obecnych średnich cenach na rynku pierwotnym, myśląc o kupnie 50 – metrowego mieszkania w Warszawie trzeba będzie wyłożyć 76 tysięcy złotych, w Krakowie potrzebne będzie 63 tysiące, a we Wrocławiu 62 tysiące.

Taka kwota rzeczywiście robi wrażenie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę dane o stanie oszczędności Polaków, a te są zatrważające. Przykładowo – wg raportu Finansowy Barometr ING 57 % naszych obywateli nie ma żadnych oszczędności. Wg BGŻ Optima średnia wysokość zaoszczędzonych środków na statystyczną rodzinę wynosi zaledwie nieco ponad 9 tys. zł!

Jak uzyskać pieniądze potrzebne na wkład? Cóż – jedyną oczywistą drogą jest oszczędzanie, ewentualnie szukanie współkredytobiorców, czy dodatkowych nieruchomości na zabezpieczenie. Na pewno tragicznym rozwiązaniem byłoby zadłużanie się, by uzyskać potrzebny kapitał. To docelowo odbije się tragicznie na naszej zdolności kredytowej i może w ogóle zablokować możliwość uzyskania kredytu. Jeśli już szukamy środków – lepiej postarać się o pożyczkę od osób prywatnych: rodziny czy znajomych. Oczywiście musimy też przeprosić się z oszczędzaniem. Pamiętajmy, że im wyższy wkład wniesiemy sami, tym bezpieczniejszy i tańszy kredyt.

Genowefa Marciczkiewicz
Dział Analiz WGN

Raty kredytów- czy w przyszłym roku wzrosną?

Stopy procentowe NBP nie będą już niższe, co oznacza, że nie spadną raty kredytów. Dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że wraca inflacja. Towary i usługi po 28 miesiącach znów drożeją. W takich okolicznościach Rada Polityki Pieniężnej prawdopodobnie nie zdecyduje się na kolejne cięcie stóp procentowych. 

Przez 28 miesięcy konsumenci mogli się cieszyć deflacją, a więc spadającymi cenami. Wg GUS największy spadek cen został odnotowany w lutym 2015, gdy wyniósł on – 1,6 proc. , ale ten czas odchodzi już w przeszłość. W listopadzie 2016 ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w ujęciu miesięcznym o 0,1 proc. Choć w skali roku się nie zmieniły, wynik ten wskazuje na to, że trend się odwraca.

Co to oznacza dla rynku mieszkaniowego? Na pewno są tacy, którzy bardzo czekają na wzrost cen mieszkań, na to jednak raczej się nie zanosi. Chodzi przede wszystkim o właścicieli nieruchomości, którzy kupowali w niekorzystnym okresie – gdy mieszkania były drogie, czyli na tzw. górce cenowej z lat 2006 – 2008. Od tamtego czasu ceny poszły mocno w dół – o kilkadziesiąt procent. Wielu obecnych właścicieli nieruchomości nie ma szansy ich sprzedać, by spłacić pozostałe zobowiązanie kredytowe. Są więc przywiązani do swego mieszkania.

W najgorszym położeniu są ci kredytobiorcy, którzy ciągle spłacają głównie odsetki kredytowe, a kapitał tylko w bardzo małym stopniu. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy w szczycie zwyżki cenowej brali kredyty nawet na 40 – 50 lat i ponad 100 proc. wartości nieruchomości. Takie produkty bankowe były wtedy dostępne.

Niestety ceny nieruchomości w Polsce nie rosną dynamicznie. Minęło 10 lat od czasu górki cenowej, ale stawki nadal nie wróciły do tamtych poziomów. Wg Eurostatu Polska jest na ósmym miejscu od końca wśród krajów unijnych pod względem wzrostu cen mieszkań w porównaniu z poziomem z 2010 r. Od tego okresu średnio w Unii mieszkania podrożały o nieco ponad 5 proc. U nas wciąż są o 4,5% niższe.

fot_free (2)Mimo powrotu deflacji w przyszłym roku mieszkania raczej nie będą drożeć – wręcz przeciwnie – mogą tanieć. W popyt uderzy rosnący, wymagany wkład własny kredytów i zbliżający się koniec środków z MDM. Co więcej – powrót inflacji może docelowo sprowokować RPP do podwyżki, obecnie rekordowo niskich, stóp procentowych. A więc wzrosną raty kredytów.

Co prawda raczej nie stanie się to w przyszłym roku, a w perspektywie kilku lat. Wielu ekspertów spodziewa się, że RPP przez cały 2017 r. pozostawi stopy procentowe bez zmian, a więc na najniższym historycznie poziomie – 1,5 proc. dla głównej stopy referencyjnej. Jednak w kolejnych latach – jeśli inflacja będzie rosnąć – do góry mogą pójść również stopy procentowe.

Na ten czas powinni przygotować się właściciele mieszkań kupionych na kredyt. Dla wielu przyzwyczajonych do niskiego oprocentowania, podwyżka stóp procentowych do poziomu sprzed serii cięć, może być finansową terapią szokową. Dlatego w okresie niskich stóp dobrze jest gromadzić środki, tworzyć poduszkę finansową na wypadek wzrostu oprocentowania, czy też zbierać kapitał, by nadpłacić kredyt. Zasada jest prosta: im głębsze cięcia stóp procentowych, tym szybciej później będą one rosły.

Dobrą informacją natomiast jest fakt, że ciągle jeszcze opłacalny jest wynajem. To szansa dla właścicieli, którzy nie mogą obecnie sprzedać swoich mieszkań tak, by starczyło na spłatę kredytu. Mogą je więc wynajmować. Z danych NBP wynika, że przychody z najmu pozwalają pokryć raty kredytów. Rentowność najmu jest wyższa od tej uzyskiwanej na lokatach bankowych czy z tytułu oprocentowania obligacji.

Monika Prądzyńska
Dział Analiz WGN

Od stycznia 20 proc. wkładu własnego – warto się spieszyć?

Prawdopodobnie szykuje się gorący koniec roku na rynku kredytów. Wielu klientów przyspieszy zaciągniecie zobowiązania w obawie, że już od stycznia będzie trudniej. Minimalny wkład własny wymagany przez banki przy kredycie mieszkaniowym wzrośnie do 20 proc. wartości nieruchomości. 

Przy obecnych średnich cenach na rynku pierwotnym, myśląc o kupnie 50 – metrowego mieszkania w Warszawie trzeba będzie wyłożyć 76 tysięcy złotych, w Krakowie potrzebne będzie 63 tysiące, a we Wrocławiu 62 tysiące.

Taka kwota rzeczywiście robi wrażenie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę dane o stanie oszczędności Polaków, a te są zatrważające. Przykładowo – wg raportu Finansowy Barometr ING 57 % naszych obywateli nie ma żadnych oszczędności. Wg BGŻ Optima średnia wysokość zaoszczędzonych środków na statystyczną rodzinę wynosi zaledwie nieco ponad 9 tys. zł!

Jak uzyskać pieniądze potrzebne na wkład? Cóż – jedyną oczywistą drogą jest oszczędzanie, ewentualnie szukanie współkredytobiorców, czy dodatkowych nieruchomości na zabezpieczenie. Na pewno tragicznym rozwiązaniem byłoby zadłużanie się, by uzyskać potrzebny kapitał. To docelowo odbije się tragicznie na naszej zdolności kredytowej i może w ogóle zablokować możliwość uzyskania kredytu. Jeśli już szukamy środków – lepiej postarać się o pożyczkę od osób prywatnych: rodziny czy znajomych. Oczywiście musimy też przeprosić się z oszczędzaniem. Pamiętajmy, że im wyższy wkład wniesiemy sami, tym bezpieczniejszy i tańszy kredyt.

Na razie jeszcze (na koniec listopada 2016) nie znamy wyników akcji kredytowej za III, a tym bardziej IV kwartał bieżącego roku. Te zostaną dopiero opublikowane w raportach sektora bankowego (Amron – Sarfin, NBP), jednak przykłady z lat ubiegłych pokazują, że w związku z rosnącym wkładem, kolejka chętnych po kredyty na starych zasadach się wydłużała. Tak było i w pod koniec ubiegłego roku, przed wzrostem do 15 proc. minimalnych własnych środków wymaganych przez banki przy kredycie hipotecznym. W tamtym okresie liczba udzielonych kredytów – kwartał do kwartału – wzrosła aż o 11 proc., a ich wartość o 9 proc.

137 (Medium)

Eksperci wskazują jednak, że pośpiech w tym przypadku może być złym doradcą. Pamiętajmy, że kredyty z niskim wkładem prawdopodobnie nie znikną zupełnie z rynku. Wbrew obawom banki podchodzą do kwestii wkładu dużo bardziej liberalnie niż może się wydawać. Komisja Nadzoru Finansowego dopuszcza mniejszy wkład, pod warunkiem zapewnienia dodatkowego zabezpieczenia lub ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Obecnie ciągle aż 9 banków nadal ma w swojej ofercie kredyty z wkładem na poziomie 10 proc. wartości nieruchomości, pod wspomnianymi wcześniej warunkami.

Jest wysoce prawdopodobne, że i w styczniu, choć może być o nie trudniej, to jednak takie kredyty nadal będą w ofercie niektórych banków. Warto też pamiętać, że już od stycznia odblokowana zostanie druga pula środków na 2017 na dopłaty w ramach programu Mieszkanie dla Młodych. Jeśli pospieszymy się teraz z kredytem, stracimy szansę, by skorzystać z tych środków. Choć z drugiej strony z pewnością trzeba będzie się spieszyć, bo pieniądze z MDM będą szybko się kończyć.

Minusem czekania na przyszły rok będą natomiast podwyższone koszty kredytowania. Mimo, że możemy się spodziewać, że przynajmniej część banków, także od stycznia 2017 nadal będzie oferować kredyty z 10 proc. wkładem, to trzeba pamiętać, że ubezpieczenie niskiego wkładu będzie obejmować już nie 5 proc. brakujących środków (chyba że przy kredytach z 15 proc. wkładem) ale 10 proc.

Kolejna sprawa to stopy procentowe. Na razie korzystamy z rekordowo niskiego ich poziomu. To działa korzystnie na naszą zdolność kredytową. Pozytywnie wpada wskaźnik DTI (debt to income) czyli relacja wysokości rat kredytów do dochodów. Wiele jednak wskazuje, że czas rekordowo niskich stóp zbliża się ku końcowi, co przełoży się na wyższe raty kredytów, a więc i na zdolność kredytową.

Marcin Moneta
Dział Analiz WGN